Strona główna Informacje biograficzne Malarstwo Nowszy obraz

Paweł Susid– teksty do obrazów

1. Projekt stołu dla 4 osób.

2. Biennale w Wenecji

3. % dziewczyn pięknych do byle jakich.

4. Rzeczy Włodzimierza Lenina.

5. Pożądanie wzięło się i jest z wielkości różnicy płci, chyba.

6. A znów dziś wydaje się, że rewolucje, choć przykre były konieczne.

7.Nan Goldin “Devil’playground”

8. Malarstwo dla szkoły i do domu.

9. Parę książek: Kapitał, Proces.


wróć
dalej

10. Niemcy teraz tak ciężko pracują, jeszcze za tamte sprawki.

11. Malarz i modelka.

12. Maluję obrazy nawet drugi raz, jeśli są ładne.

"Projekt stołu dla 4 osób"
Jeden z pierwszych projektów, który zacząłem malować po rozczarowaniu się do malarstwa dekoracyjnego. Obraz przedstawia krzyż czarny równoboczny z podpisem wykonanym techniką szablonu. Dzisiaj w roku 2002 gdy zastanawiam się nad tym, dlaczego ten właśnie temat tak właśnie potraktowałem. Dochodzę do wniosku, że musiało mnie zajmować istotne zagadnienie stosunku do religii. Niemały wpływ na to miał fakt życia w Polsce, gdzie katolicyzm manifestowany powszechnie odgrywał tak dużą rolę. Krzyż jako projekt stołu oznacza zarówno dystans, bo jest to prosty mebel, ale także pozytywny stosunek do idei chrześcijaństwa, stworzonej przez samotnego myśliciela wędrującego dwa tysiące lat temu po drogach Izraela. Czarny groźny krzyż, co zwiastował potem tyle nieszczęść, nadużywany przez autokratów w kościele i poza nim do morderstw i innych nieszczęść. Stół dla czterech osób a więc przydatny mebel dla rodziców z dwojgiem dzieci. Prosta wymiana pokoleń. Czarny krzyż to także istotna forma w historii sztuki. Wystarczy wspomnieć zabiegi Malewicza z nim związane.


wróć

"Biennale w Wenecji"
50 jubileuszowa edycja Weneckiego Biennale ma w wielu miejscach zabarwienie polityczne. Po wjeździe do Wenecji lub któregokolwiek z włoskich miast na północy rzucają się w oczy zwisające z niektórych okien tęczowe flagi z napisem “PACE”, pozostałość, jak sądzę po antywojennych demonstracjach. Dowód, że lud tam zamieszkujący ma “oryginalne” życzenie pokoju, nikt nie daje jednak odpowiedzi jak go osiągnąć. Również na terenie głównych ekspozycji Biennale, w tak zwanych ogrodach, gdzie mieszczą się pawilony narodowe, nie brak akcentów odnoszących się do aktualnej, napiętej sytuacji politycznej. W głównych alejkach można natknąć się na powiększone paszporty ludzi z kilku państw arabskich a także Izraela. Wiele prac wprost albo pośrednio próbuje nam powiedzieć o dzisiejszym skomplikowanym świecie. Jedna praca w technice wideo to wywiady z ludżmi, którzy w różnym czasie i z różnego powodu musieli udać się na wygnanie to dalszy ciąg tego przedsięwzięcia o ludziach pozbawionych domu.. Paradoks polega na tym, że wielobarwny i wesoły tłum z całego świata, pośród wrzawy nieskończonej ilości języków ogląda jak artyści próbują poradzić sobie z istnieniem granic poszczególnych państw i narodów albo innymi problemami współczesnego świata.. W takiej to mniej więcej napiętej atmosferze, natknąłem się nagle na banalną z pozoru pracę artysty. Dobrze ponad sto piłek różnej wielkości i różnego przeznaczenia, od wielkich pił plażowych, poprzez piłki sportowe aż do maleńkich piłek dziecięcych. Pomalowane we flagi państw świata leżało pod ścianą tworząc miłą barwną kompozycję kolorystyczną. Kiedy po oglądnięciu tego chciałem iść dalej, nagle usłyszałem wyraźny, ale nie natrętny odgłos psutego powietrza, jakby wydostający się, co i raz z którejś z piłek. Próbowałem uzyskać potwierdzenie tego zjawiska u jednej z pilnujących ekspozycji pań, niestety jej znajomość angielskiego nie pozwala mi do dzisiaj stwierdzić tego z całą pewnością, że się nie przesłyszałem. Wielu entuzjastów zdobył hiszpański artysta Santiago Sierra, który zamurował wejście do narodowego pawilonu, zaś dociekliwym, którzy mimo to chcieli dostać się na wystawę przeciwstawił dwóch policjantów, żądających paszportów i twierdzących, że prawo wejścia przysługuje wyłącznie Hiszpanom. Biennale Weneckie ,około 550 artystów prezentujących swoje prace, to olbrzymi zastrzyk sztuki współczesnej. Powstaje pytanie, czy człowiek jest w stanie należycie i uczciwie jej zażyć i docenić. Innym znakomitym problemem jest otoczenie. Wiadomo Wenecja to wyjątkowe miejsce gdzie nagromadzono wiele skarbów, jeśli nie zawsze sztuki to niewątpliwie wspaniałego rzemiosła. Nie od dzisiaj wiadomo zaś, że współczesna sztuka ma w większości przypadków rzemiosło w pogardzie. Zetknięcie tych dwóch światów nie zawsze wychodzi współczesnym artystom na dobre. Tym lepiej ogląda się prace wystawiane w wyodrębnionych pawilonach narodowych. Pawilon Polski zaprezentował bardzo poważną pracę Stanisława Dróżdża, klasyka poezji konkretnej i jest to dobre. Na ścianach monumentalna struktura utworzona z setek tysięcy kości do gry. Na zielonym stoliku sześć kości, które po rzuceniu dają tak wiele możliwości różnych konfiguracji. Praca nazywa się: “Kości zostały rzucone”. I chociaż, moim zdaniem, nie dorównuje innej wybitnej pracy tego artysty wykonanej dla Galerii Foksal, to jednak wyróżnia się powagą i dostojeństwem. Nie da się tego powiedzieć o instalacji drugiego znakomitego polskiego artysty Romana Opałki, którego liczone obrazy, już bardzo bladziutkie, ze zdjęciami i głosem, w otoczeniu mnóstwa zgiełkliwych i często niedojrzałych jeszcze prac innych artystów prezentowanych na zbiorowej wystawie w Arsenale wypadły blado. Jeszcze raz okazuje się jak wiele w sztuce zależy od kontekstu. Inna poważna praca, na którą zwrócono uwagę także w polskiej prasie, to dzieło izraelskiej artystki Michal Rovner. W różnych technikach artystka ta zastanawia się nad niebanalną sprawą ilości ludzi. Jest w izraelskim pawilonie sala wypełniona ekranami, na których poruszają się jak mrówki małe ludziki ułożone w rzędy. Jeśli stanąć odpowiednio poruszają się niespokojnie także na sylwetkach widzów. W innej sali na stołach wyświetlają się jakby obrazy spod mikroskopu lub laboratoryjnych preparatów. Pełno na nich widzianych z góry sylwetek ludzkich zachowujących się jak mikroby, drgających i poruszających się w różne strony. Tworzących przypadkowe a czasem sensowne figury jak np. znak nieskończoności. W innych miejscach w tradycyjnych technikach graficznych inne jeszcze gromady ludzi-bakterii. Praca ta niewątpliwie stawia pytanie o przyszłość tego mrowiska. Największe tłumy przyciągał pawilon Australii, w którym to młoda jeszcze artystka Patricia Piccinini ustawiła swoje rzeźby przedstawiające ludzi i inne stwory wykonane z materiałów do złudzenia naśladujących ludzką skórę. Choć działanie to przypomina prace amerykańskich hiper- i foto- realistów z lat 60-tych ubiegłego wieku, to z racji tego, że artystka wtedy się właśnie urodziła może o tym nie wiedzieć. Pewną nowością jej pracy jest w kilku miejscach klimat przypominający scenografię i kostiumy współczesnych hollywoodzkich filmów “science fiction”. Doskonałe wrażenie robi pawilon niemiecki, w którym wystawiono instalację nieżyjącego już artysty Martina Kippenbergera. Jest tam w dużym jasnym pomieszczeniu krata w podłodze, jaką można spotkać w okolicach kolei podziemnej. Co jakiś czas daje się słyszeć huk przejeżdżającego pociągu i odczuć podmuch powietrza a potem znowu, na dłużej zapada cisza. To już prawie wszystko, bardziej dociekliwym entuzjastom, może zdarzyć się jeszcze spotkanie w pawilonach „Fundacji Henry Moora” na Giudecce ciekawych filmów wideo z nagranymi wywiadami ze starymi ludźmi, którzy opowiadają o swojej pracy w nieczynnych już kopalniach złota, dla amerykańskich “gringo’s”. Pawilon ze sztuką Ameryki Łacińskiej przypomina troszeczkę o społecznych i ekonomicznych problemach współczesnego świata. Na osłodę można trafić w Japońskim pawilonie na niefrasobliwy animowany film artystki, która prezentuje w rytmie skocznej piosenki słodki, cukierkowy świat, w którym tańczą żabki, ptaszki w locie formują zabawne figury i tylko, jak można się domyślać śliczna, choć lekko zdeformowana autorka od czasu do czasu językiem długim jak u kameleona łapie i połyka pszczółki, gdy się za bardzo zbliżą. Oglądając godzinami i dniami liczne wystawy porozrzucane po całym mieście przypomni się być może film w telewizorze ustawionym jakby przypadkiem przez kuratora na zbiorowej wystawie w ogrodach. Stara praca Andy Warchola pt.“Próba ekranu”, która jest przedstawieniem nadzwyczaj mimicznej twarzy Marcela Duchampa. Ten niekwestionowany guru artystów rozgląda się dookoła i nic nie mówi, nie komentuje. Może się przypomnieć także wypowiedź innego wybitnego intelektualisty, Witolda Gombrowicza, który w dziennikach z lat 50-tych lub 60-tych XX wieku napisał, myśląc o nadmiarze w ówczesnym malarstwie abstrakcyjnym: ‘czy sztuka nie stała się zbyt łatwa?”. Można też pójść do dzielnicy Getto Nuovo, tuż obok starego getta, pierwszego w Europie, zobaczyć, co malują na murach. Stąd, jak wszędzie w Wenecji blisko do pięknych i triumfujących kościołów pełnych wyśmienitego malarstwa, zastępującego aż do XIX wieku fotografię, aby zadumać się nad dawniejszą aktywnością instytucji Inkwizycji. Siedząc potem w ‘Cafe Florian’ na San Marco, jeśli kogoś stać, oglądając tłumy turystów słuchając różnojęzycznego gwaru łatwo daje się wyłowić polskie słowa: ‘Mamo ona mi zabiera piłkę...’, jak w filmie Luchino Viscontiego “Śmierć w Wenecji” według Tomasza Manna.

wróć

"% dziewczyn pięknych do byle jakich"
Bez tytułu, olej, płótno 1986
Po pierwsze obraz ten miał skonstatować fakt, że nie wszystkie dziewczyny są piękne. Dzisiaj po tylu latach trudno mi odtworzyć wszystkie powody, dla których chciałem to namalować, aby wisiało na ścianie. Przypomina mi on o większym wówczas zainteresowaniu tzw. płcią niż ma to miejsce obecnie. Pamiętam także swoje zmagania z użyciem słowa przeciwnego do “pięknych”. Pamiętam, że nie chciałem użyć słowa “brzydkie”, bo nie o takie przeciwieństwo mi chodziło. “Byle jakie” miało raczej oznaczać obojętne mi, bo gdy wytężam pamięć to i tak nie mogę nazwać brzydką żadnej z poznanych a potem obejrzanych dokładniej dziewczyn. Jeśli chodzi o formę tego obrazu. Zastosowałem pierwszy raz tzw. tort statystyczny a to ze względu na jego urodę. Prostota tego znaku, możliwość zastosowania pięknych kolorów. Także to, że tort statystyczny dawał pretekst do podłożenia tak wielu różnych treści wręcz mnie uwiodło. Od tej pory używam go do wielu swoich prac i jestem z tego zadowolony.

wróć

"Rzeczy Włodzimierza Lenina"
Bez tytułu. 1990
Olej, akryl, płótno.
Każdy, kto żył świadomie podczas zmian, jakie zachodziły w Związku Radzieckim i innych krajach regionu pod koniec XX wieku. Musiał stawiać sobie pytania, co takiego właściwie się dzieje. Wiele dyskutowało się o znaczeniu Rewolucji Październikowej jej przyczynach, skutkach i ofiarach. Wnioski wyciągano dość ponure, wtedy ja również skłaniałem się do tych ocen. Patrząc na podstawowe symbole przyjęte przez przywódców rewolucji proletariackiej. Rysując je w różnych konfiguracjach, rozpatrując ich funkcje i podstawowe znaczenie. Doszedłem do wniosku, że groźba użycia tych niebezpiecznych narzędzi była jak na obrazku.

wróć

Pożądanie wzięło się i jest z wielkości różnicy płci, chyba.
Bez tytułu. 1989
Olej, płótno.
Nie bardzo liczyłem na rozwiązanie tej intrygującej kwestii, skąd wzięło się pożądanie. Nawet uzbrojeni we współczesny aparat badawczy naukowcy. Wciąż mają wiele wątpliwości, co do pochodzenia podstawowych instynktów. Postawienie jednak pytania wydało mi się wystarczającym pretekstem do namalowania obrazu. Moja naiwna próba dania odpowiedzi miała jak sądzę raczej inny cel. Chodziło mi o wprowadzenie do obrazu atmosfery intymności. Subiektywnego i lirycznego zmagania się z tym znanym każdemu zjawiskiem. Stąd takie nieśmiałe i delikatne rysowanie linii obrazujących podstawowe różnice budowy anatomicznej. Pamiętam, że w trakcie pracy nad obrazem. Podstawiając różne przykłady, aby sprawdzić prawdziwość stwierdzenia postawiłem sobie pytanie. Co z miłością u osobników tej samej płci? Wtedy dodałem przecinek i dopisałem słowo “chyba”. Byłem bardzo zadowolony z tego obrazu. Zwłaszcza dlatego, że nie daje odpowiedzi a tylko stawia pytanie.

wróć

A znów dziś wydaje się, że rewolucje choć przykre, były konieczne.
Bez tytułu. 2000
Akryl, płótno
Na przełomie stuleci, po euforii spowodowanej demokratyzacją życia publicznego i pewnymi pozytywnymi zmianami w sytuacji ludzi. Nadeszły trudniejsze czasy. Pogorszyła się znacznie sytuacja gospodarcza państwa, lawinowo zaczęła wzrastać liczba bezrobotnych, osiągając wskaźnik 16%. Sytuacja ludności wiejskiej, która w Polsce pod względem rozwoju tkwi jeszcze częstokroć w epoce feudalnej, a czekają ją niewiarygodne przekształcenia. Wiadomości o setkach osób, które zamarzają zimą. Tasiemcowe kolejki przed darmowymi jadłodajniami i noclegowniami dla bezdomnych i bezrobotnych. Wiele przypadków samobójstw z powodu krańcowo złej sytuacji ekonomicznej rodzin. Na tym tle toczyła się dość jednokierunkowa debata intelektualistów o okropnościach rewolucji. Wielokroć potępiano przekształcanie się zarówno Wielkiej Rewolucji Francuskiej, jak i Rewolucji Październikowej w krwawe tyranie z morzem krwi. Liczono miliony ofiar. Wszystko to prawda. Uciekała jednak dyskutantom podstawowa kwestia. Jak dochodziło do zaistnienia tak strasznych w skutkach wydarzeń? Kto ponosi winę za wybuch tak wielkiego gniewu, że ludzie byli gotowi poprzeć rewolucje? Dziś widząc rodzące się niezadowolenie, a mimo niego jaskrawe bezprawie i niesprawiedliwość. Wydaje się oczywiste, że oprócz tyranów winę ponoszą odpowiedzialni za przyczyny rewolucji.

wróć

Nan Goldin “Devil’s playground”
W Centrum Sztuki Współczesnej czynna jest od połowy lutego tym razem niezwykła wystawa. Amerykańska fotograficzka i artystka korzystając z wielkiego dorobku powstałego na przestrzeni 30 przeszło lat, pokazuje rzeczy, jakich w Warszawie jeszcze nie było. Za pomocą fotografii przedstawiających ją i jej przyjaciół w scenach z codziennego życia, ze szczególnym wyróżnieniem życia erotycznego. Pokazuje, czym jest seks, jakie ma w życiu człowieka znaczenie, jakie wyzwala emocje, czym także grozi. Nan Goldin określa tę część życia ludzkiego „polem gry diabła?. To dość dramatyczny tytuł niemniej artystka swoją sztuką udowadnia, że w pełni uzasadniony. Jest w tej wystawie coś, co czyni ją wyjątkową. Po pierwsze za obiekt został wybrany jeden z niewielu (może tylko dwóch, obok śmierci) tak fundamentalnych aspektów ludzkiego życia. Po drugie budzący grozę i szacunek fakt, że poświęciła mu całe swoje dotychczasowe życie. Za tymi z pozoru najzwyklejszymi fotografiami jakby żywcem przeniesionymi z albumów, jakie tworzą niema l wszyscy kryje się wielki cel, który przyświecał jej w pracy. Ile musiała poświęcić czasu i wysiłku, aby nakłonić swoich przyjaciół do pozowania w najbardziej nieraz intymnych sytuacjach. Na zdjęciach znajdujemy sceny miłosne i orgazmy. Stosunki hetero i homoseksualne. Nagie ciała dzieci podobne do barokowych amorków wśród nagich ciał rodziców przed lub po stosunku albo w kąpieli. Są także inne zdjęcia przedstawiające chorych, umierających lub zmarłych jak się łatwo domyśleć na AIDS, są to śmiertelne ofiary tej nadzwyczajnej pasji, jaką jest pociąg seksualny. Od wczesnego dzieciństwa do śmierci obracamy się w kręgu pożądania. Gdzieniegdzie ukazuje się twarz samej Nan Goldin młodszej i coraz starszej w różnych sytuacjach. Jest w tym podobna do wielkich mistrzów, którzy pozostawiali swoje autoportrety na płótnach. Artystka w taki sposób daje do zrozumienia, że jest jedną z dotkniętych takimi właśnie doświadczeniami. Innym razem jej twarz zmasakrowana jakby chciała nam powiedzieć o jeszcze innych, złych stronach pożądania. To być może gwałt i przemoc. Tak, więc seks wyzwala w człowieku zarówno dobro jak i zło w najwyższych wymiarach. To, że swoją a nie innych twarz pokazuje zeszpeconą w taki sposób świadczy o tym, że bierze na siebie ukazanie fatalnej strony namiętności. Oprócz fotografii są na tej wystawie także tytuły poszczególnych cykli zdjęć. Te tytuły są ważne, czasem nieco egzaltowane albo naiwne, kiedy indziej tylko informują i oprowadzają nas po kręgach tego diabelskiego przecież placu gry. Mażna się zastanowić, że skoro ma to być właśnie diabelska sprawka, to skąd tyle piękna i uniesień na wielu zdjęciach. Artystce jak sama mówi zależało na stronie dydaktycznej wystawy i o dziwo nie da się nawet z tego zrobić jej zarzutu. Uniknąć natrętnego dydaktyzmu udaje się tylko największym twórcom dzięki sile ich zaangażowania. Kto może być bardziej wiarygodny niż Nan Goldin, która spędza życie ze swoimi modelami? Są jej przyjaciółmi i nawet do Warszawy przyleciała z nimi. Jest również na tej wystawie jeszcze jeden inny niż zdjęcia obiekt. To list od autorki towarzyszący zdjęciom poświęconym jej bliskiej przyjaciółce. Kobieta zmarła w dwa miesiące po swoim mężu na AIDS. Wielki ból po stracie podkreśla właśnie ten list, napisany odręcznie dużymi literami, koleiny dowód osobistego zaangażowania. Dwie sale różnią się od reszty. Prezentowane są w nich przy dźwiękach muzyki zestawy slajdów, niektóre z nich widziane już na ścianach w poprzednich pomieszczeniach jako zdjęcia. Wagi nabierają wraz z muzyką. Raz muzyką są przeboje z różnych epok, co podkreśla jeszcze długi czas, jaki obejmuje ta wystawa oraz atmosferę tamtych lat. Za drugim razem jest to chrześcijańska muzyka religijna, towarzyszą jej sceny miłosne, co wydaje się i wzniosłe i prowokujące zarazem, lecz to jest ładne. Dzięki wzbogaceniu wystawy fotografii o te proste efekty Nan Goldin osiąga nadzwyczajne wzmocnienie przekazu. Wystawa przemawia do wrażliwego widza z nadzwyczajną siłą. Realizmowi fotografii zawdzięcza coś, czego nie udało się uzyskać do tej pory ani w malarstwie ani w rzeźbie. Pozostałe zastosowane zabiegi czynią mniej istotną jakość samych fotografii. Przeciwnie piękne kadry podkreślają piękno miłości, mniej klasyczne pozwalają docenić intymność tematu. Tym wytrawnym działaniom zawdzięczamy przede wszystkim to, że widz ani przez moment nie ma wrażenia, że te szokujące czasami zdjęcia służą błahemu celowi epatowania go. Wielkość artystki polega właśnie na tym, że wszystkie elementy wykorzystuje tak, aby działały dla dobra jej pracy. Obecna prezentacja, która od 2001 roku odwiedza największe galerie Europy jest już kolejną wystawą Nan Goldin. Wszystkie poprzednie wzbudzały emocje i nie przechodziły bez echa. Jeden z wybitnych krytyków porównał jej twórczość do twórczości Michała Anioła. Pamiętamy, co dla stosunku do nagiego ciała ludzkiego spowodowało namalowanie przez Buonarrotiego golasów na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej. Po wielkiej burzy stało się jednym z osiągnięć epoki Renesansu. Obecnie Nan Goldin uczyniła to samo z jednym z największych tabu w życiu współczesnego człowieka, popędem seksualnym i życiem erotycznym. Przy wystawie z diabłem w tytule nie mogło zabraknąć jego chichotu. Czymś takim była właśnie decyzja dyrektora CSW, aby opatrzyć wystawę klauzulą pełnoletności, co słusznie oburzyło autorkę. Trudno się jednak dziwić panu Krukowskiemu. Pamiętamy niedawne skandale wokół sztuki, kiedy to dwóch profanów jeden z szablą a niedługo po nim drugi niemalże z kropidłem w ręku napadli na Świątynię Sztuki i zniszczyli dzieła. Żaden nie poniósł zasłużonej kary pracę zaś straciła dyrektorka galerii. To jest właśnie ten diabelski chichot a jednocześnie dowód jak potrzebna i ważna jest ta wystawa w Warszawie.
wróć

Malarstwo dla szkoły i do domu.
Obrazy dla dzieci i młodzieży.
Zastanawiając się nad swoimi pracami, dochodzę czasem do wniosku, że są to prace dla kogoś, kto jeszcze o czymś nie wie. Tak jak dziecko, które dopiero powoli dzień po dniu zdobywa pierwsze doświadczenia. Jak młody człowiek, co to pierwszy raz dowiaduje się o swojej seksualności. Tak właśnie ja przepowiadałem sobie w trakcie malowania, jaki jest otaczający nas świat. Stąd tyle naiwności w stwierdzaniu oczywistych faktów, gdy mówię np. o stosunku ilościowym pięknych i bylejakich dziewczyn. Albo, że różne dziewczyny mogą być fajne. Również odkrywanie świata polityki i społeczeństwa zaskakiwało mnie często swoją głupotą lub prostactwem, więc szedłem to namalować, aby wiedzieć i zapamiętać. Tak było z obrazami o rewolucjach francuskiej czy proletariackiej.
wróć

Parę książek: Kapitał, Proces.
Bez tytułu.1990
Olej, akryl, płótno
Chodząc sobie i myśląc, co by tu jeszcze namalować? Często spoglądałem na książki, które ustawione na półce w szeregu tworzą piękną kompozycję kolorystyczną i geometryczną zarazem. Postanowiłem je namalować, kombinując, pod jakim pretekstem to zrobić. Były to czasy poważnych zawirowań społecznych. Toteż najczęściej o tym się wówczas myślało i rozmawiało. Jednym z tematów tych rozmów były kwestie pojawiających się, co chwila afer korupcyjnych. Obłędna, nieprzebierająca w środkach pogoń za pieniędzmi i władzą czyniła z owładniętych nią ludzi, obleśne, bez twarzy i sumienia kreatury. Z drugiej strony obserwowaliśmy ludzi sztuki i kultury tracących podstawy egzystencji, uniemożliwiające jakąkolwiek twórczość. Stąd właśnie do tej wyliczanki wybrałem z wielu możliwych, te dwa tytuły znanych powszechnie książek. Znanych także z tego, że pierwsza z nich ma obfitą objętość. Druga skromniejszych rozmiarów opowiada o niezwykłej męce ludzkiej egzystencji, to oczywiście „recenzje” w największym skrócie. Głównie zależało mi na tytułach dobrze pasujących do moich zamiarów. Jakiś czas potem czytając znakomitą i obiektywną książkę Berlina pt. “Karol Marks, życie i środowisko”. Przedstawiającą Marksa jako wegetującego w biedzie, badacza chcącego ulżyć doli znajdującego się na skraju nędzy proletariatu. Wszystko to w XIX wiecznym świecie rodzącego się bezlitosnego i drapieżnego kapitalizmu. Nabrałem jeszcze nieco innych zapatrywań na te sprawy, ale było za późno. Obraz był już namalowany. Przynajmniej objętość tomów “Kapitału” pasowała do potrzeb obrazu jak ulał. W ten sposób powstawał ten bajecznie kolorowy, jak na mnie obrazek. Jako malarz niespokojny, mający ciągłe wątpliwości, jeszcze nieraz do niego wracałem.

wróć

Niemcy teraz tak ciężko pracują, jeszcze za tamte sprawki.
Bez tytułu, 1997
Olej, płótno, spray, 24/100cm
Był to rok, w którym znów wiele przeczytałem o okrucieństwach podczas drugiej Wojny Światowej. Nie będę ukrywał, że zawsze wojna i okropności z nią związane wydawały mi się najdobitniej świadczyć o złej stronie ludzkiej natury. Wtedy jednak liczne lektury przedstawiające okrucieństwo Niemców, a w przypadku zagłady Żydów, bestialstwo nie znane wcześniej. Ukierunkowało moje myślenie w stronę odpowiedzialności. Pamiętamy jak liczne były pomysły ukarania Niemców za popełnione zbrodnie. Niektóre z nich niemniej okrutne od samych zbrodni. Dyskusje od lat dotyczyły także ilości winnych, oraz tzw. “odpowiedzialności zbiorowej”. Wszystko to nie dawało mi spokoju. Wyrastały już następne pokolenia Niemców, całkowicie niewinnych. W dodatku wychowanych w duchu tolerancji i demokracji. Niemcy na czele Europejskich inicjatyw pokojowych. Dzisiejsze Niemcy to także kraj wyjątkowego dobrobytu osiągniętego własną pracą i talentami. Dobrobytu, który wydaje mi się większy aniżeli ten, jaki obiecywano im po zagładzie Żydów i zamianie narodów sąsiednich w niewolników. Jednocześnie próbowałem wcielić się w rolę współczesnego Niemca, w żaden sposób nie mogącego zdjąć z siebie odpowiedzialności choćby za powszechne poparcie tak zbrodniczej ideologii. To właśnie pracowitość Niemców jest ich dumą. Praca w Biblii to także kara dla ludzi za ich biblijne grzechy. Pomyślałem, że przypisując pracy znamię odpowiedzialności dokonuję tym samym symbolicznego gestu nieuchronności ]kary. Myślałem także o innych winnych i nieuchronności poniesienia kary, choćby przed własnym sumieniem.

wróć

Malarz i modelka, Model i Malarka.
Bez tytułu, akryl, płótno 2000 Pomyślałem też kiedyś, że prawie we wszystkich epokach artyści podejmowali ten temat. Najbardziej znane są oczywiście liczne przykłady z twórczości impresjonistów. Prawdziwym tytanem w pracy na tym polu był oczywiście bliższy nam Picasso. Na nim jako ewidentnym świntuchu raczej nie będę się zatrzymywał. Podczas rozmyślania nad rozwiązaniem swojego obrazu, najczęściej stawał mi przed oczami maleńki olej wspaniałego artysty Zygmunta Waliszewskiego. Obraz ten przedstawia artystę ubranego od stóp do głów, nawet w kapeluszu, z paletą w dłoni. Na kolanach siedzi mu piękna, o ile to można stwierdzić przy pędzlu impresjonistycznym, naga blondynka. Jednym słowem jest to moim zdaniem, jeden z najswawolniejszych erotyków w malarstwie polskim. Otóż mija sto lat a ja chciałbym zmierzyć się z tym tematem, mając do dyspozycji zaledwie język geometrii. Czułem, że jestem bez szans. Przypomina mi to sławny precedens Marcela Duchampa, który po głośnym zadeklarowaniu, że kończy ze sztuką i będzie odtąd tylko grał w szachy. W ukryciu przez szereg lat, aż do śmierci z materiałów najbardziej przypominających delikatną i miękką skórę kobiety, modelował akt z nieskromnie rozchylonymi udami. Po śmierci autora i okresie utajnienia rzeźby, na jaki skazał ją w testamencie. Okazało się, że świat w odrzucaniu obłudy i swobodzie, z jaką podchodzi się do tego tematu był już znacznie dalej. Kadr, jaki wybrałem, aby pozostawić własną interpretację tego problemu jest zaledwie skromnym echem tak głośnych niegdyś batalii. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że szczęśliwie przyszło mi do głowy, aby w imieniu tak silnych dziś ruchów kobiecych wypowiedzieć się w ich imieniu. Powstał, więc dyptyk pozwalający mi w czterech już tym razem polach o pięknych płynnych krawędziach wyżywać się kolorystycznie.

wróć

Maluję obrazy nawet drugi raz, jeśli są ładne. Malewicz “Czarny kwadrat” Malewicz “Biały kwadrat”
Obraz datowany na 1987, malowałem wiele razy. Wspominam swoje silne przeżycia związane z odkryciem istoty tych dwóch prac. Wielokrotnie uznawałem doniosłość myśli Malewicza w okresie w jakim znalazła się wtedy sztuka. Te dwa obrazy inaczej niż Malewiczowska sztuka figuratywna ale także suprematyzm i konstruktywizm są wyjątkowe. To początek nowej sztuki, konceptualizmu ale również otwarcie na wszystkie media i sposoby żeby przekazać sztukę. W tych obrazach jest oddzielenie sztuki od rzemiosła i od warsztatu. Powiedzenie przez dziecko: “tak to i ja potrafię” pod adresem tych obrazów, uświadomiło mi jak ważna jest w sztuce wiedza. Zależało mi bardzo na przedstawieniu w mojej sztuce siebie pełnego, nie tylko mojego gustu estetycznego ale i myśli, przeżyć, doświadczeń. Rzeczy ważnych i doniosłych lecz także drobnych i sprośnych z jakich składa się każde życie. Oddając hołd Malewiczowi, że jego obrazy są ładne, mogłem jednocześnie pokazać siebie. Robiąc z nimi co chcę, namalować je po swojemu.

wróć

strona główna